Ho, ho, ho! Przez przypadek dzisiaj trafiłem na niezłe arcydzieło zatytułowane Enemy. Niezwykle powolna akcja okraszona długimi spojrzeniami i minutami wręcz ciszy trzyma jednak w napięciu od początku do samego końca. Historia zaczyna się od filmu obejrzanego przez głównego bohatera, w którym występuje... on sam. Lub jego sobowtór. A reszta scenariusza sprytnie ujawnia kolejne fakty popierające każdą z dwóch możliwych tez - rozdwojenie jaźni lub nieznany brat bliźniak. Do tego niesamowite wykorzystanie symboliki, zwrócenie uwagi na zło tkwiące w człowieku oraz relacje mężczyzn z kobietami (żoną, matką, dziewczyną, kochanką) i mamy piękny obraz okraszony świetną grą aktorską Gyllenhaala i Laurent. Zdecydowanie polecam, jeśli nie boicie się filmów, które po zakończeniu trzeba wielokrotnie przemyśleć, a może nawet zapoznać się z interpretacjami na blogach w internecie. Osobiście wiem, że na pewno zapoznam się z portfolio tego reżysera